Kraj jakiego nie znacie – czyli Rumunia 2015

Pomysł na ten wyjazd powstał w dosyć spontaniczny sposób. Zapytałem się Majka (masosz) czy jedziemy na początku lipca w kierunku Morza Czarnego – zgodził się i to wszystko.
Dokładny termin wyprawy ustaliliśmy pod koniec czerwca. Plan jest taki, że w sobotę (11.07) przyjeżdżam po Majka i jedziemy w kierunku krainy Drakuli… Bez planu, bez pomyślunku. Gdzie nas poniesie, tam będziemy. Ale jedno ale, docelowo unikamy autostrad i staramy się poruszać drogami najniższej kategorii jak i tymi zapomnianymi przez świat.
DL został dokładnie przeglądnięty przed wyjazdem – jedyne co mnie niepokoiło to łańcuch – wyglądał, jakby jego koniec był bliski, ale myślę sobie „damy radę” ;)

Dzień 1 (11.07.2015)

Trasa +/-
W siodle: 12 godzin
Przejechany dystans: 630km

Pobudka około godziny 5 rano. Szybkie śniadanie, objuczenie osiołka i w drogę. Zaraz zaraz, jeszcze trzeba się pożegnać z dziewczyną (Aqlec) – gdybym tego nie zrobił, to musiałbym wyłączyć telefon by czerpać przyjemność z jazdy :P W każdym razie około godziny 9 melduję się u Majka. Szybkie pożegnania i w drogę. Przygodo trwaj!! Plan na dziś był dosyć prosty – dojechać do Satu Mare. Nim się spostrzegliśmy, nabijaliśmy kilometry na słowackim terenie. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w miejscowości Spiskie Podgrodzie, gdzie patrząc na piękny gród rozkoszowaliśmy się smakiem Snickersa. Nie wiem czy to moda, czy gdzieś były rowery na promocji, ale Słowacy oszaleli na punkcie „pedałowania”. Bardzo często się zdarzało, że rowerzyści mocno utrudniali ruch…
Kilometry mijały jak szalone, słońce dawało nieźle popalić. Po parunastu kilometrach za granicą słowacko-węgierską, w cieniu ledwo żyjącego drzewa rozprostowaliśmy nogi i uzupełniliśmy płyny. Trzymając się planu, nie jedziemy autostradą, kierujemy się na Tokaj. Z każdym kilometrem droga robi się węższa i mniej uczęszczana przez miejscowych – co nas bardzo cieszy. Liczne zakręty, nienaganny stan asfaltu, zupełny brak ruchu – cóż więcej nam, motocyklistom, potrzeba!! A może tylko jednego, by było troszkę chłodniej! Mijamy Tokaj, miejsce winem ociekające, i pędzimy w stronę Rumuni! Po drodze mijamy kilka radiowozów z wielkimi radarami, a także wielkie ciągniki i kombajny. Krajobraz dosyć mocno różni się od tego naszego, polskiego.
Granica węgiersko-rumuńska wita nas sznurkiem samochodów stojących do odprawy. Generalnie wszystko dosyć sprawnie poszło. Gdy celnik pozwolił wjechać do swojego kraju, moim oczom ukazał się dosyć osobliwy widok. Na drodze grupka dzieci w wielu około 7 lat, biegająca za piłką. Po prawej stronie, przy stacji, na parkingu, parę osób dosyć skromnie ubranych chodzi od samochodu do samochodu prosząc o jakiegokolwiek grosza. Nie wiem co o tym sądzić…
Około godziny 20 dojeżdżamy do Satu Mare. Krążymy bez jakiegoś ładu po mieście i okolicy by znaleźć jakiś kemping czy stancje – bezskutecznie. Ostatecznie trafiliśmy do motelu, gdzie spędziliśmy noc.

                         

Dzień 2

Trasa +/-
W siodle: 12 godzin
Przejechany dystans: 430km

Wstajemy około 6 rano. Nie mija 30 minut, a już rządni przygód przygotowujemy motocykle do drogi. Zdałem sobie sprawę, że patrzenie na mój łańcuch napawa mnie niepokojem :P Plan na dziś to dojechanie w głąb Maramuresz’u. Po drodze chcemy zaliczyć wesoły cmentarz i najwyższą drewnianą budowlę (cerkiew) w Europie, która znajduje się w miejscowości Sapanta. Po drodze dosyć często zatrzymywaliśmy się by podziwiać piękno okolicznej natury i „pozamykać winkle kuframi”. Z tego powodu że była niedziela, mijaliśmy bardzo dużo osób zmierzających w stronę okolicznych kościołów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to że zdecydowana większość wiernych poubierana była w stroje ludowe.
Gdy dotarliśmy na parking przy cerkwi, w drodze do budowli zaczepiło nas małżeństwo z Polski. Z tego powodu, że Oni już wracali z Rumuni, podzielili się z nami swoimi spostrzeżeniami na temat kraju Drakuli. Między innymi zachęcili nas do odwiedzenia miejscowości Juli Alba (czego nie żałujemy). W Cerkwii trwała msza, dzięki czemu mogłem posłuchać przez chwilę pięknych śpiewów wydobywających się z wnętrza budowli, która mnie bardzo urzekła. Poszwendaliśmy się z Majkiem po okolicy, po czym skierowaliśmy się w stronę wesołego cmentarza. Dogodnego miejsca na postawienia motocykli nie było… Zaparkowaliśmy je przy jednym ze straganów z pamiątkami. Wielce się zdziwiłem, że za wstęp trzeba zapłacić… Szkoda, że w tym czasie co byliśmy, były przeprowadzane prace remontowe niemniej cmentarz bardzo mi się spodobał.
W drodze do serca krainy Maramuresz, na przełęczy w Pasul Prislop pierwszy raz doświadczyliśmy „wolności” tego kraju. Zjechaliśmy z drogi asfaltowej w kierunku jednego wzgórza, na szczycie którego zaniemówiliśmy z wrażenia. Dookoła nas rozpościerał się piękny, niezwykle urzekający krajobraz. Zielone pagórki, bujnie porośnięte drzewami znajdowały się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wisienką na torcie były liczne polne drogi, które wiły się to tu to tam. Udało mi się namówić Majka, by korzystając z okazji jedną z nich, chociaż trochę przejechać (to były moje pierwsze poczynania w offie na DL’u).
Jadąc w stronę jednej z szutrówek, po drodze spotkaliśmy grupę motocyklistów z Polski (paru z nich było też na DLach). Lewa w górę!
Zaczęło się dosyć niewinnie, dziurawy asfalt zmienił się w bitą drogę, która z każdym kilometrem bardziej przypominała koryto wyschniętej rwącej rzeki… Wystające kamienie, głębokie koleiny i liczne błotne pułapki dodawały pikanterii naszej przeprawie. Zdarzyło się, że musieliśmy przeprawić się przez wielką i głęboką kałuże ;) Ostatecznie, dzika droga wyprowadziła nas na piękną polanę, gdzie widoki zapierały dech w piersi. Zgasiliśmy osiołki by cyknąć parę fotek i nacieszyć się naturą. Nagle, spod miedzy, 2 metry od nas wyrosła jakaś postać. Jakaś chłopaczyna spała pod miedzą. Miał może z 16 lat. Obudziliśmy go! Zaspany, zapytał się czy mamy papierosa – jako, że nikt z nas nie pali, odszedł smutny w bliżej nie określonym kierunku :P
Korzystając z chwili wolnego, sprawdzam łańcuch… Zastanawiam się czy wczoraj go naciągałem czy nie…
Jadąc dalej droga prowadzi nas przez piękne polany, na których pasły się stada owiec pilnowane przez psy pasterskie. Jak tylko pojawiliśmy się w ich polu widzenia od razu nas okrążyły i zaczęły ujadać. Nie chcąc przeszkadzać owcom zawracamy nasze osiołki ;)
Powoli słońce chyli się zachodowi. W miejscowości Brosteni pytamy się o jakiś camping – każą nam jechać w stronę lasu. Po paru kilometrach asfalt się kończy, a campingu jak nie było tak nie ma. Pytamy napotkanego rybaka czy podążamy w dobrym kierunku – machnął ręką przed siebie i tyle… Jedziemy przed siebie… Po krótkim czasie wyjeżdżamy z lasu na piękną polankę. Majk wypatrzył ciekawe miejsce pod drzewem przy strumyczku, z dala od drogi. Długo się nie zastanawiając pojechaliśmy tam. Rozbiliśmy namiot, przeglądnęliśmy motocykle, nasmarowaliśmy łańcuchy coś zjedliśmy i byliśmy gotowi do spania. Jako, że widzieliśmy kilka sztuk dzikiej zwierzyny różnej maści, postanowiliśmy „zabezpieczyć” nasz namiot. Majka motocykl zaparkowaliśmy od tyłu, a mój z boku (po drogiej strony namiotu znajdowała się naturalna bariera jaką był dziki strumyk. Przód został jedynie nieobstawiony…
Po założeniu alarmów na motocykle poszliśmy spać.

                                                           

Dzień 3

Trasa +/-
W siodle: 10 godzin
Przejechany dystans: 334km

Nagle w nocy zaczyna wyć alarm na moim motocyklu. Poderwaliśmy się na równe nogi. Godzina 1 w nocy… Nasłuchujemy czy coś chodzi dookoła namiotu. Po 30 sekundach syrena przestaje wyć. W myślach tłumaczyłem sobie, że pewnie mocniej powiało i delikatny ruch motocykla spowodował włączenie się alarmu… Gdy tu nagle, po raz drugi syrena piszczy w niebo głosy… W domu, przed wyjazdem wyczytałem, że rumuńskie lasy zamieszkuje 4000 wilków, 6200 niedźwiedzi brunatnych… Na samą myśl, oblałem się zimnym potem… Patrzymy z Majkiem po sobie – co tu począć?! Gdy alarm przestał wyć, jak na szpilkach, nieruchomo, leżałem w namiocie… Ciemne myśli kłębiły mi się w głowie, przez co nie mogłem zasnąć… Do „samoobrony” miałem jedynie gaz pieprzowy i nożyk z ostrzem długości całych 12cm! Na pewno dużo bym tym zdziałał… Po pewnym czasie udało mi się „uwolnić” umysł i gdy zaczynałem zasypiać, o 3 w nocy, trzeci raz włączyła się syrena… Do najbliższego domostwa mieliśmy co najmniej 5 kilometrów. Sami, na polanie po środku lasu… Sytuacja iście wzięta z japońskich horrorów… Byłem wykończony… Nie zmrużyłem oka do rana…
„Wstaliśmy” a raczej wyszliśmy z namiotu około 7. Okazało się, że alarm Majka nie działa :P To by wyjaśniało czemu tylko mój wył jak oszalały.
Szybkie śniadanie, suszenie namiotu i w drogę. Gdy opuszczaliśmy polanę nie wiedzieć czemu, poczułem pewną ulgę!
Plan na dziś to jazda przed siebie w kierunku południowo-wschodnim.
Droga mijała dosyć szybko. Mijaliśmy wiele jedno lub dwukonnych „domów” na kółkach z tablicami rejestracyjnymi na tyle, wiele przydrożnych „dzikich” straganów z owocami i warzywami. Nawierzchnia nie rozpieszczała, ale cieszyło nas to, że zapuszczamy się w folklor tego kraju. Objeżdżamy jezioro Bicaz z popularnym wąwozem i przypadkowo docieramy do parku narodowego Ceahlău. Droga się skończyła na zakazie ruchu. Zapytałem jakiegoś strażnika czy możemy jechać dalej – zapytał skąd jesteśmy. Gdy dowiedział się, że z Polski wręczył nam foldery informacyjne o parku, pozdrowił i życzył szerokiej drogi, która nota bene nie była zbyt dobra. Mieliśmy do przejechania paręnaście raptem kilometrów, które zajęły nam ponad godzinę… Ale było warto.
Kolejne kilometry szybko zostawialiśmy za nami. Obiadek zjedliśmy na polu rolnym w towarzystwie bocianów, których w Rumuni jest bardzo dużo. Podczas posiłku zatrzymał się obok nas traktor z przyczepionymi bronami. Wysiadł z niego pewien młodzieniec, którego zainteresowały nasze motocykle. Dowiedzieliśmy się, że jest motocyklistą i kiedyś miał SV650. Gadka szmatka i każdy z nas pojechał w swoją stronę. Pogoda zaczęła się psuć. Liczne chmury zagościły na niebie, z których przelotnie padał deszcz. Postanowiliśmy, że musimy dziś przejechać park narodowy Putna – Vrancea.
Po południu zaczęło padać. Ubrani w ciuchy przeciwdeszczowe dzielnie parliśmy przed siebie. Târgu Secuiesc przywitało nas ścianą deszczu. Na zegarze wybiła godzina 19, a przed nami jeszcze około 50 km. Wydawać by się mogło że to mniej niż godzina jazdy. Nic bardziej mylnego, gdyby nie to że po paru kilometrach zobaczyliśmy znaki o robotach drogowych. Chłopaki wymieniały całą nawierzchnię. Nasza prędkość spadła do około 10-15 km/h. W burzy i strugach deszczu, zatrzymywani wielokrotnie przez robotników którzy sterowali ruchem dzielnie brnęliśmy przed siebie. Gdy przełęcz zostawiliśmy za sobą zaczęliśmy szukać noclegu. Pierwsze motele okupowane były przez robotników, kolejno trafiliśmy na willę, gdzie cena była mocno zaporowa, po czym znaleźliśmy dom w którym wynajęliśmy pokój za rozsądne pieniądze. Recepcjonistą był Adam – pogodny chłopak w wieku około 20 lat, też motocyklista. Pracował tu. Gdy się rozpakowaliśmy postawił nam piwko i mile spędziliśmy wieczór.

                                   

Dzień 4

Trasa +/-
W siodle: 11 godzin
Przejechany dystans: 422km

Wstajemy o 7 rano. Na dole Adam czekał już na nas ze śniadaniem podczas którego, kreśląc palcem na mapie Rumuni, planujemy przemierzyć deltę Dunaju aż do samego Morza Czarnego. Drogi białe, bo białe, ale były zaznaczone.
Szybko się spakowaliśmy i około 8:30 wyruszyliśmy przed siebie. Po ulewnej nocy, lasy dookoła nas pięknie parowały. Poranek był bardzo rześki i chłodny. Zbliżając się do miejscowości Gałacz ruch samochodowy stawał się coraz bardziej wzmożony. Gdzieniegdzie ukazywał się jakiś przemysł. Gdy dojechaliśmy do miejsca przeprawy przez Dunaj, w ostatniej chwili udało nam się załapać na prom. Motocykle zmieściły się pomiędzy samochody ciężarowe. Rejs trwał kilkanaście minut. Po drugiej stronie rzeki zrobiliśmy szybki postój na Snikersa i pojechaliśmy dalej. Im bliżej Tulczy tym ciekawsze widoki ukazywały się naszym oczom. Wielkie pola słoneczników, ogromne „plantacje” wiatraków i niezliczona ilość bocianów. Po lewej stronie krajobraz stawał się coraz bardziej zielony. Rzeźba terenu z zachodnich gór zmieniła się w rozległe równicy.
Z mapy wynikało, że z miasteczka Nufaru kursuje prom na Deltę Dunaju. Gdy minęliśmy znaki informujące o tym, że wjechaliśmy na teren Nufaru, mocno zwolniliśmy by znaleźć jakiś drogowskaz do „portu”. Jedziemy wolno, bacznie się rozglądając na prawo i lewo, gdy nagle wyjechaliśmy z miasteczka… Zawróciliśmy i wjeżdżaliśmy w każdą dróżkę kierującą się w stronę rzeki dopóki nie trafiliśmy na nadbrzeże. Jakież było nasze zdziwienie, gdy za „prom” robiła barka wodna z luźno przeczepionym liną holownikiem! Czekaliśmy 30 minut na przewiezienie.
Po drogiej stronie asfaltu nie było. Jechaliśmy bitą drogą, której nawierzchnia z czasem zmieniła się w mocno kamienistą. Im dalej oddalaliśmy się od „promu” tym coraz więcej było muszek, komarów i wszelkiego innego robactwa. Ludzie których mijaliśmy po drodze machali do nas serdecznie. Po przejechaniu parunastu kilometrów mozolnym tempem, dotarliśmy miejsca gdzie droga przebiegała przez czyjeś ogrodzone pole. Wymuszony przystanek wykorzystaliśmy do posilenia się. Długo nie myśląc zmieniamy cel dnia dzisiejszego. Jedziemy nad morze do Navodari by się wykąpać. Na „prom” powrotny czekaliśmy tak jak wcześniej 30 minut…
Im dalej na południe… Słoneczniki, bociany, wiatraki… Słoneczniki, bociany, wiatraki… I tak w kółko…
Przed zjazdem z E87 w stronę Navodari, przy drodze zatrzymaliśmy się w sklepie z olejami. Długo nie myśląc kupiłem najgęstszy olej jaki był dostępny. Szybkie smarowanie zmęczonego łańcucha i w drogę!
Na miejscu byliśmy około 20. W drugim odwiedzonym campingu wynajmujemy różowy domek. Wieje komuną. Szybko się rozpakowaliśmy i w blasku księżyca poszliśmy się kąpać w Morzu Czarnym.

                                       

Dzień 5

Trasa +/-
W siodle: 8 godzin
Przejechany dystans: 360km

Budzimy się około 5 rano, by zobaczyć „późny” wschód słońca. Szwendamy sie po plaży, kojąc myśli o półmetku urlopu pięknym widokiem, budzącego się do zycia poranka.
Zanim opuściliśmy camping, wjechaliśmy na plażę, gdzie się zakopaliśmy :D Plan na dziś, to dojechać w okolice Braszowa. Większą część drogi pokonujemy nudnymi drogami, gdzie się nic nie dzieje. W okolicach południa na wysokości miejscowości Buzau zaczyna przelotnie padać. Kilkukrotnie zatrzymywaliśmy się by zakładać i ściągać przeciwdeszczówki… Za zapora na rzecze Buzau znajdujemy bardzo fajne miejsce na popas i rozłożenie namiotu. Niestety, godzina była zbyt wczesna by rozbijać obozowisko. Jedziemy dalej.
Z każdym kilometrem mamy coraz bardziej dość dzisiejszego dnia… Ten deszcz… Po południu, w miejscowości Bradet wynajmujemy pokój w przydrożnym „pensjonacie”. Kładziemy się wcześniej spać by naładować akumulatory na kolejne dni. A deszcz ciągle pada…

                                     

Dzień 6

Trasa +/-
W siodle: 10 godzin
Przejechany dystans: 288km

Wypoczęci po „trudach” dnia wczorajszego, pełni sił, planujemy dnia dzisiejszego przejechać znana trasą 7C (Transfogaraską). Po obfitym śniadaniu, które podała nam bardzo ładna córka właściciela, objuczamy nasze osiołki i gnamy przed siebie. Droga mija dość szybko. Przed miastem Fogarasz czuję, że dziwnie mi szarpie motocyklem… Zatrzymujemy się przy opuszczonej stacji by nasmarować mój łańcuch. Widok „rozgrzanego do czerwoności” bardzo mnie przestraszył… Odczekaliśmy chwilkę by troszkę ostygł, po czym „nakarmiłem go” obficie olejem który dwa dni temu kupiłem…
Pogoda w górach Fogaraskich byla idealna do jazdy – nie za ciepło, nie za zimno. Zbliżając się do drogi 7C, byłem bardzo zdziwiony, że minęliśmy raptem kilka motocyklistów… Może to była zbyt wczesna pora? Nie sądzę, zegar wskazywał godzinę 12 z groszami…
Ruch na Transfogaraskiej był znikomy. Urzeczeni pięknymi widokami i dużą ilością zakrętów enigmatycznie pokonywaliśmy kolejne kilometry, czasem zatrzymując się by „cyknąć” fotkę. Po drodze minęliśmy kilka ciężarówek „uli” zaparkowanych na poboczu – pierwszy raz coś takiego widziałem ;) Gdy wjechaliśmy bardzo zniesmaczyła mnie ilość przydrożnych straganów i płatny parking…
Motocykle zostawiliśmy na poboczu przy drodze. Gdy inny motocykliści zobaczyli gdzie zaparkowaliśmy, wnet poszli za naszym śladem.
Poszwendaliśmy się to tu to tam, zjedliśmy kiełbaskę i mamałygę po czym ruszyliśmy dalej.
Przed wyjazdem, Kristos powiedział byśmy objechali jeziorko Vidraru – i tak też postąpiliśmy. Asfalt się skończył, a zaczęła się droga bita i błoto. Dla mnie było to bardzo fajne doświadczenie, bo jak wcześniej wspomniałem doświadczenia z OFFem nie mam żadnego. Powolutku brniemy przed siebie.
Wyjeżdżając z lasu trafiamy na ośrodek Cumpăna. Patrząc na Majka od razu wiedziałem, że myślimy o tym samym. Pole namiotowe z widokiem na góry i jezioro. Coś pięknego! Podczas rozmowy z „właścicielem”, na teren „ośrodka” wjeżdża grupa quadowców – polaków! Od razu zaprosili nas na wieczorną integrację ;P
Po rozbiciu namiotu, Majk rozpalił ognisko i zajął się pieczeniem kiełbasek, które nam jeszcze zostały. Ja w tym czasie opatrzyłem nasze DLe – nasmarowałem i naciągnąłem łańcuchy. Na domiar złego, w moim osiołku zaczęła się pocić lewa laga…
Wieczór spędziliśmy w towarzystwie nowopoznanych towarzyszy (których serdecznie pozdrawiamy, a w szczególności Zigiego i Noska).
Późną nocą jakoś trafiamy do namiotu ;)
Dobranoc

                                                         

Dzień 7

Trasa +/-
W siodle: 10 godzin
Przejechany dystans: 333km

Rano, gdy wychyliłem głowę z namiotu dech zaparło mi w piersiach. Mym oczom ukazał się widok niczym z bajki. Gdy Majk jeszcze spał, kontemplując chwilę wpatrywałem się w sina dal…
Po śniadaniu, gdy czekaliśmy aż tropik przeschnie, „pomagaliśmy” quadowcom w naprawie przegubu. Wiecie jak to jest, jeden robi reszta patrzy :P
Plan na dziś to Transalpina. Wracamy drogą 7C na północ, ponownie pokonując, znajome już, winkle. Przy okazji cyknęliśmy parę fotek.
Dojeżdżając do drogi 67C, ruch zamierał. Sądzę, że spowodowane było to odcinkową wymianą nawierzchni Transalpiny, która co jakiś czas mocno nas spowalniała. Bardzo podobało mi się, dookoła nas był las. Zupełnie co innego niż na Transfogaraskiej. Gdy dojechaliśmy do jeziora Oașa, pojawiły się jedyne na tej drodze kramy w ilości dosłownie paru sztuk… Kontynuując podróż w kierunku południowym, na skrzyżowaniu dróg 67C i 7A postanawiamy „odwiedzić 4 strony świata”. Początkowo kierujemy się dalej na południe. Towarzyszą nam nieziemskie widoki. Zauważyłem, że istnieje możliwość zboczenia z asfaltu – długo nie myśląc, odbijamy w pewnym momencie na wschód. Mijamy stawik, puszczamy terenówkę pasterzy zjeżdżającą z góry i wspinamy się przed siebie. Pod naszymi kołami pojawia się coraz więcej kamieni. Jak dobrze, że oboje mamy osłony pod silnikami :P (w DLach bardzo podle jest usytuowany filtr oleju…). Zatrzymujemy się w punkcie (45°19’28.1″N 23°41’10.6″E) – na szczycie. Dla takich chwil warto żyć. Trudno opisać słowami co zobaczyliśmy… Parę fotek i wracamy – teraz na skrzyżowaniu odbijemy na wschód i dojeżdżamy do jeziora Vidra, które przypominało nasze jezioro Żywieckie… Chwilka odpoczynku i wracamy. Po drodze do „skrzyżowania” zatrzymujemy się nad rzeczką by się posilić. Majk rozpala ognisko na kiełbaski, a ja opatruje mojego osiołka. Laga cała mokra… Doraźnie ratuję sytuację przy pomocy trytytki i chusteczki, bo oleju na tyle dużo się wylało, że zaczął pokrywać zacisk hamulcowy. Pełni energii po zjedzeniu kiełbasek jedziemy na zachód. Słońce powoli chowa się za horyzontem. Nocleg znajdujemy w przydrożnym hostelu.

Tu pozwolę sobie opisać moje spostrzeżenia na temat dwóch najpopularniejszych dróg Rumuńskich. Nie rozumiem fenomenu drogi Transfogaraskiej, która zupełnie nie przypadła mi do gustu. Ładna bo ładna, ale zbyt komercyjna i przereklamowana. Wszędzie dużo ludzi, wszystkie pobocza zawalone autami i busami… Fuj! Niczym szczególnym mnie nie urzekła, w porównaniu do Transalpiny, która była dużo ciekawsza, bardziej urozmaicona i dzika. Wisienką na torcie było to, że ludzie w lesie przy drodze normalnie biwakowali! Zatrzymywali się autami, motocyklami, rowerami, rozbijali namioty i cieszyli się życiem! Pomimo tego, że nieustannie przy drodze mijaliśmy porozbijane namioty nigdzie nie widzieliśmy śmieci. Wszyscy po sobie grzecznie sprzątali – tak sobie myślałem jak by to było u nas, w Polsce… Gdy zatrzymaliśmy się a kiełbaskę, jakieś chłopaki zapytały się nas czy zostajemy tam na noc, bo jeśli nie to chcieliby zając nasze miejsce. Pełna kultura. Ze smutkiem patrzyłem jak tamci ludzie potrafili egzystować w harmonii i zgodzie z naturą. Tak tak, nie to co my…

                                    

Dzień 8

Trasa +/-
W siodle: 12 godzin
Przejechany dystans: 526km

Na śniadanie biorę jajecznicę na bekonie, Majk jakiś inny przysmak. Obżarliśmy się do syta za relatywnie małą liczbę lei. Czas wyprawy dobiega końca. Dziś chcemy dojechać do Satu Mare, po drodze zatrzymując się w znanym mieście Alba Iulia i zapomnianej przez świat wiosce Geamana.
Do byłej stolicy Siedmiogrodu docieramy na godzinę 11. Pomimo tego, że żar lał się z nieba udaliśmy się na krótkie zwiedzanie grodu. Sam gród zaskoczył mnie swoim bardzo dobrym stanem. Wszędzie czysto, trawka przycięta, kwiaty mienia się kolorami tęczy. Bajka! Ludzi, dla mnie, było troszkę za dużo. Generalnie dużo lepiej się czułem w dziczy Maramuresz’u niż w tym czy innym mieście ;) Po godzince szwendania się, to tu to tam, wracamy do naszych osiołków. Na samą myśl o kolejnej atrakcji dnia dzisiejszego byłem mocno podekscytowany. Geamana to wioska, której już „nie znajdziecie” na mapie. W 1977 roku spokojny żywot ówczesnych jej mieszkańców zmienił się nie do poznania. Decyzja niejakiego pana Ceausescu o zalaniu doliny w celu poszerzenia odkrywkowej kopalni miedzi była tragiczna w skutkach. W efekcie przesiedlono prawie wszystkie rodziny mieszkające w Geamanie. Prawie, bo jedna się nie zgodziła i po dziś dzień mieszkają nad toksyczną spuścizną dyktatora Ceausescu – notabene udało nam się ich spotkać. Po dziś dzień widać wystające ponad taflę wody dachy domów i wieżę kościelną. Niestety, gdy objeżdżaliśmy teren dookoła pogoda nam nie sprzyjała, bo było pochmurno i kropił deszcz… Jeszcze tylko wspomnę, że na drodze dojazdowej do miejsca tragedii była strażnicza budka(?) i znak zakazu wjazdu ;)
Po zaspokojeniu naszej ciekawości związanej z wioską widmo udaliśmy się w kierunku Satu Mare.
Noc spędziliśmy w tym samym hostelu, w którym rozpoczęliśmy dnia pierwszego pobyt w Rumuni.

                                 

Dzień 9

Trasa +/-
W siodle: 11 godzin
Przejechany dystans: 578km

Od momentu otwarcia oczu towarzyszyło mi dziwne uczucie pustki. Tak tak, wiedziałem że to był ostatni dzień naszej wyprawy. Nawet się nie zorientowaliśmy a tu trzeba wracać… Majk też był jakiś taki nie swój. Przy ostatnim wspólnym śniadaniu pasowała niezręczna cisza.
Czas żegnać się z Rumunią.
Wracamy generalnie tą sama trasą, którą przyjechaliśmy.
Za Tokajem w cieniu drzew odbywamy ostatni wspólny posiłek i około 16 melduję się w Krakowie.
Wszystko co dobre szybko się kończy… Za szybko…

       

Dzięki Majk za towarzystwo i super spędzony czas!!

Teraz małe podsumowanie w liczbach rodem poprzednich wypraw:

9 dni
96 godzin w siodle
174,140 litrów wypalonej benzyny
960,90 zł wydanych na paliwo
3900,1 nawiniętych kilometrów
Wspomnienia bezcenne…

PS Do dyskusji na temat wyprawy zapraszam tu: http://allriders.pl/forum/topic/400-kraj-jakiego-nie-znacie-czyli-rumunia-2015-by-masosz-hermes/